test

wtorek, 20 marca 2018

Z takimi nogami twarz jest niepotrzebna

Środek tygodnia. Poranek. Sławomir zmierza do pracy.
Wysiadka z tramwaju. Ludzie niczym żywe trupy stadnie pędzą na peron. Kto żyw zajmuje miejsce wzdłuż żółtej linii, by mieć najlepszą wypadową do zajęcia siedziska w wagonie.
Podjeżdża metro, Sławomir atakuje, sapie, rozpycha się łokciami, jak każdy inny… Jest miejsce, och kurwa szybko, bo jakiś złamas mi je zajmie. Jest, jest, moje! – wykrzykuje w myślach.
Siada.
Uspokaja się.
Zamlaskał i rozejrzał się niczym Jaś Fasola dając wszystkim do zrozumienia, że to miejsce jest jego.
Po chwili Sławomir wybałuszył oczy. Naprzeciwko niego siedziała kobieta z pięknymi nogami, ale niezbyt ładną twarzą. 
- Dobra tam – pomyślał i wyciągnął książkę.
Niby otwiera, niby czyta, niby.... Rozejrzał się spode łba, czy nikt nie patrzy, że on patrzy. Zaciągnął kaszkiet na oczy i ukrył wzrok przez innymi spojrzeniami.
- To teraz sobie popatrzę – zaśmiał się diabolicznie w duszy.
Usadowił się wygodnie, książkę wystawił tak, że wzrok skierował wprost na kobiece kolana, a daszek kaszkietu ucinał jej łeb.
- No… ma te nogi, no, no – gaworzył sobie tak dobrych kilka minut.
Następna stacja. 
- Uwaga! Drzwi otwierają się – wypowiada zdanie automat.
Przed Sławomirem staje mężczyzna - słuchawki na głowie, za krótkie spodnie, skarpetki czarne w białe serduszka i kołysze się na boki w rytmie jakiejś tam pojebanej piosenki.
- Kurwa! Co znowu? No kurwa! – klnie w myślach Sławomir.
Mężczyzna staną na kursie „Sławomir – nogi”.
- No ja pierdolę! – do przekleństw dodał kolejne.
Sławomir rozejrzał się na boki, to w lewo, to w prawo.
- Nosz kurwa, pusto. Jak okiem sięgnąć pusto, od końca do początku! Kurwa nie, no nie, no kurwa nie! Dlaczego ten złamas musiał stanąć akurat tu, pomiędzy mną, a moim desygnatem? Ja pierdole, znowu ja, znowu kurwa ja! No nie! Tyle miejsca wolnego, ale musiał stanąć tu! Kurwa! – skwitował myśl niczym Marek Konrad w dniu Świra i po chwili dodał - Przecież nie wstanę i nie powiem Skarpecie w Serduszka „Panie, spierdalaj Pan, bo zasłaniasz nogi”.
Sławomir wrócił do lektury o Początkach Nóg… Polski znaczy się.

Nie lubię poniedziałku

Sławomir zasiadł wygodnie w tramwajowym fotelu i oddał się średniowiecznej lekturze G. Labudy. Pod koniec trasy zadzwoniła jego żona Eliza z wytycznymi.
- Kochanie kup dużo chleba i te dobre wędlinki ze sklepu firmowego.
- Dobrze Eliza, kupię dużo chleba i te dobre wędlinki.
- Kup jeszcze tą pyszną bułeczkę.
- A, tą pyszną bułeczkę?
- Tak.
Sławomir zakończył rozmowę z żoną pozdrawiając ją buziaczkami i schował telefon do kieszeni. Wstał i wysiadł z tramwaju na najbliższym przystanku. Spojrzał na zegarek, była 17 z minutami. Do pierwszego sklepu typu piekarnia miał zaledwie 200 metrów, więc szybkim krokiem pokonał tą niewielką odległość.
Nim wszedł do przybytku spojrzał przez szybę by ocenić, z jakimi mu dziś przyjdzie konwersować sprzedawczyniami – Ehm, dziś jest gruba i ta o męskiej twarzy - mruknął pod nosem.
- Dzień dobry, przyszedłem kupić dużo chleba – Sławomir witając się z personelem już na wstępie podkreślił cel wizyty.
- Dzień dobry *Khueee khueee*, jakie to będą *khueee khuee* chleby? – dziwy dźwięk wydobył się z gardła kobiety.
- Czy jest pani chora? – Sławomir spojrzał nieufnie na grubą ekspedientkę.
- Nie rozumiem dlaczego pan pyta *khueee kheee* - Odpowiedziała startym na wiór głosem.
- Czy jest pani chora?
- Dlaczego pan pyta?
- No, czy jest pani chora się pytam, słyszę chrypkę i ten kaszel.
- Boli mnie gardło, czy mam pana nie obsługiwać?
- Dziękuję, przyjdę innym razem.
Ludzie spojrzeli to na Sławomira, to na ekspedientkę. Nie wiadomo kogo wzięli na kretyna, czy klienta, który wypytuje ekspedientkę o jej stan zdrowia, czy sprzedawczynie kaszlącą na chleb. Sławomir wychodząc ze sklepu pomyślał – Kurwa mać, mam udawać idiotę, że nie widzę, jak kobieta charczy na chleb i w dłonie? Mam udawać przygłupa i stać w kolejce, jak pozostałe przybite lemingi w strachu przed inicjatywą? Idę do kolejnej piekarni, jest 100 metrów stąd. Nim skończył myśl, wparował do fotograficznego.
- Dzień dobry, czy u państwa przegram filmy VHS?
- Dzień dobry, te duże? – Odpowiedziała kobieta po 50 – tce.
- Nie kurwa, te małe – pomyślał Sławomir.
- Te duże? – kobieta wskazała palcem na kasety VHS leżąca za szybą w ladzie.
- Tak – odpowiedział Sławomir i dodał – A, czy 8mm też?
- Nie, tylko te duże.
Dobra, dobra! Chuj z kasetami, idę po ten chleb – dodał w myślach.
- 15 zł za godzinę – dodała fotografka po 50 – tce.
- Przyjdę innym razem, do widzenia – przyjdę jak wszystkie kobiety pomrą, a ty będziesz ostatnią – to również pomyślał.

W następnej piekarni przywitali Sławomira, Pan Co Podać i Pani Coś Jeszcze.
- Co podać? – Spytał Pan Co Podać.
- Chleby.
- Jakie podać?
- Ten, tamten i tenże… A! I tą pyszną bułeczkę.
- Coś jeszcze? – spytała się Pani Coś Jeszcze.
- Dziękuję, a i siateczkę jeszcze pani doliczy, bo się nie zmieszczę.
Sławomir płaci i leci po wędliny do sklepu firmowego, który jest tuż, tuż.
Kolejka uszczupliła się i przyszła jego kolej.
- Dzień dobry, proszę mi nakroić najlepszych wędlin – Przywitał się z dwoma kobietami, ale tylko jedna zareagowała, druga zajęta była krojeniem świńskich zwłok.
- Dzień dobry, jakie to będą wędliny – odpowiedziała całkiem przyjemna z twarzy blondynka o szpiczastym nosie, zupełnie nie w jego guście.
- Tę, tamtą, tę i jeszcze to, wszystko po 15 plasterków – Uśmiechnął się i spojrzał na ekspedientkę.
- Aha, 15 deka?
- Co kurwa? Jakie deka? – wkurwił się Sławomir w myślach i po chwili dodał – Plasterków proszę pani, plasterków.
Maszyna kroi. Jeb, jeb, jeb… po kilku minutach Szpiczasty Nos pyta się – Coś jeszcze?
- Tak, proszę o kiełbasę z szynki, ale z opakowania bo ta jest sucha, a ja będę ją mrozić proszę pani.
Kobieta otwiera nową paczkę i wyciąga świeżutką kiełbaskę. Sławomir patrzy się w pęto i puszczają mu kubki smakowe, twarz mu się wykręca i gdyby, nie to, że jest cywilizowanym człowiekiem, rzuciłby się na mięso niczym żywy trup na mózg. Jest już głodny, bardzo głodny i wkurwiony.
- Czy podać panu coś jeszcze?
- Ser żółty, o ten – wskazał palcem – 30 plasterków i żeby były grube.
Kobieta kroi plasterek i pokazuje Sławomirowi grubość – Czy tyle wystarczy?
- Proszę pani, przez ten plasterek można świat oglądać, proszę grubiej.
Koniec końców, udało się Sławomirowi zrobić zakupy w sklepie firmowym, kupił jeszcze pasztet ze świni, bo nie było z kury.
Zadowolony, ale podkurwiony, Sławomir zmierza do domu. Siaty w dłoniach i goni czym prędzej.
Kurwa nie! Nie! Nie! Jeszcze żul mi jakiś tu kurwa…
- Panie kup mi pan coś do jedzenia bom głodny – morda spuchnięta, spodnie utytłane, podobnie kurtka.
Idź kurwa, idź mi stąd – cedzi w myślach Sławek i omija łukiem głodnego żula.
A niech mnie kule biją, no nie mogę, co będę żałować żulowi, przecież nie pierwszy raz kupuje im jedzenie, przecież lubię pomagać, takim ludziom, są biedni i głodni.
Sławomir zawrócił.
- Proszę pana, chodźmy tu do sklepu, kupię panu coś.
- Kupi mi pan coca-colę?
O żesz kurwa, ja ci dam colę! – Pomyślał Sławomir i dodał – Nie kupię ci żadnej coli, ona nie ma żadnych wartości odżywczych.
- Dobra, to kup mi pan mleko.
- Dobrze, kupię panu mleku, chodźmy.
- Ja tu postoję.
Co kurwa? Osz ty chuju! – Wkurwienie Sławomira sięga zenitu – Nie, proszę iść ze mną.
- Dobra.
Sławomir wchodzi do sklepu i idzie po mleko, jednak po chwili odwraca się, a żul stoi przed sklepem.
- Czy może pan podejść? Mam ręce zajęte zakupami.
- Zaczekam, pan mi zrobi zakupy – żul schował dłonie w kieszenie i czatuje przed drzwiami.
- Zaraz, myślisz, że ja ci będę robić zakupy, a ty będziesz sobie stał z rękami w kieszeni? Ja tu do domu, na obiad, do żony i małego dziecka, a ty leniu nawet sobie zakupów nie chcesz zrobić, i to jeszcze za cudze pieniądze?
- Kup mi pan colę?
KURWA!
Sławomir nie wytrzymał i załamał się nerwowo. Wybiegł ze sklepu i pośpieszył do rodziny, by zaznać spokoju. Zjadł obiad przygotowany przez żonę, przytulił córkę i odsapnął.

O czym dziecku śpiewać

Rodzice, jak wiadomo zawsze coś tam nucą swoim pociechom. Sławomir ma swój stały repertuar, a śpiewa córce tak „mistrzem Polski jest Legia, Legia najlepsza jest, Legia to jest potęga, Legia CWKS, la la la la la la la, la la la la la…” – dziecko zasypia. Jest OK, strzał w bramkę! Wiadomo dzieci noworodki czy niemowlaki lubią proste i zapętlone nutki.
Dziś Sławomir przeżył szok! Wieczór upływa, Sławomir siedzi na tapczanie i ćmi elektryczną fajeczkę. Do jego uszu dociera przedziwna piosenka, która wydobywa się z gardła jego małżonki. Wstał. Poszedł za syrenim głosem by lepiej wsłuchać się w słowa, a to co usłyszał zmroziło mu krew w żyłach, bo treść piosenki brzmiała tak „Słuchaj Boże, jak cię błaga lud, z Jagiellonii mistrza Polski zrób, na na na na na na na…”

Filozofia Komputerowa

Metro. Dyskutują dwie starsze panie. Na oko widać, że kobiety w miarę obeznane z informacją i wiedzą powszechną...
Babcia nr.1 - Skąd mam wiedzieć, gdzie ruszyć tą, tą myszą?
Babcia nr.2 - Aaa, to już filozofia! - Skwitowała ostatnia.

Szkoda, że musiałem wysiadać, z chęcią bym się przysłuchał całej rozmowie.
Jaki z tego morał? Należy na uczelniach IT otworzyć nowy kierunek: Filozofia Komputerowa.

Lepszy grzeczny gruby, jak chudy cham

Piątek. Cudownie. Nawet pogoda niczego sobie. Sławomir zjadł ulubione śniadanie przygotowanie przez małżonkę Elizę i ucałowawszy ją wyszedł do pracy. Niestety ten piękny dzień zmienił się w coś gorszego. Sławomir przypomniał sobie koszmary, które dręczyły go tej nocy, a upiorami ze snów były kobiety. W drodzę do urzędu męczyły go podejrzliwości, które rzucał na napotkane istoty płci przeciwnej. Na szczęście przystanek był wolny od kikimor i innych porannic, strzyg czy sennic. Podobnie było w tramwaju. Mężczyzna myśląc, że żadna upiorzyca już dziś nie zaatakuje stracił czujność i wszedł do metra. Zajął wygodne miejsce w dwuosobowym rzędzie, wyciągnął książkę i oddał się lekturze o początkach Polski. W pewnym momencie do Sławomira dosiadł sie ogromny mężczyzna ważący na oko około 170 kg. Zrobiło się cholernie ciasno, cholernie. "Kurwa, przecież mógł posadzić swój tłusty tyłek obok tej kobiety" Sławomir spojrzał na blondynkę o twarzy wygiętej jak banan, "albo tam, a nawet tam". Wolnych miejsc tak dużo, a wybrał mnie.
- Przepraszam - Powiedział grubas.
Sławomir skinął głową i rozejrzał się za nowym miejscem, gdzie mógłby w spokoju kontynuować podróż. Może usiądę obok bananowego ryja - pomyślał, tam dużo miejsca bo kobieta w sumie szczupła. Usiadł po przeciwnej stronie grubasa, a obok bananowego ryja i ponownie sięgnął po książkę. Zaczęło się. 
Bananowy ryj okazał się "metrzycą" zwaną też "łokietnicą", upiorem z metra Warszawskiego, która obiera na cel mężczyzn, uciekających z miejsc obok grubasów. Zmora pomału rozkładając ramiona, uderzyła Sławomira łokciem. "Kurwa, co jej odpierdala" pomyślał, może to jednak przez przypadek? Metrzyca znowu zaatakowała, tym razem mocniej. Uniosła łokieć i pierdolneła mola książkowego aż mu początki Polski końcem uszu wyszły. "Kurwa co się dzieje, co do chuja?" Nie wierzył i nie mógł, nigdy przecież nie spotkał bananowego ryja, który okazał się potworem. Łokietnica nie przestawała, niby zmieniając pozycję uderzała, za każdym razem ze zdwojoną siłą. "Ani jej nie dotykam, nie rozpycham się, nie śmierdzą mi ubrania, o co jej chodzi, dlaczego kurwa ja, znowu ja!" Zirytowany mężczyzna nie wytrzymał i spojrzał na upiora dodając:
- Czy może przestać pani napierać na mnie łokciami?
- Słucham - zmora udała zaskoczenie - nie rozpycham się, panu się wydaję.
- Dobrze wiem, że pani robi to umyślnie, proszę przestać - Sławomir odpowiedział zachowując zimną krew.
Upiorzyca zagotowała się od środka i rozpostała błoniaste skrzydła. Na czubie bananowej głowy pojawij się grzebień uzbrojony w kolce, z których sączyć począł się jad. 
- Najpierw panu przeszkadzał ten pan - wskazała na grubasa i dodała - przesiadł się pan do mnie i teraz niby ja przeszkadzam? - zasyczała łokietnica.
- Oby dosiadł się do pani ktoś znacznie gorszy - dorzucił poczwarze.
Sławomir nie miał przy sobie miecza, a poranne eliksyry podane w kawie przez żonę przestały już działać. Czym prędzej wstał i oddalił się od zła. Zmora jeszcze jakiś czas trzepotała skrzydłami i rzucała klątwy.

- Mogłem siedzieć obok grubasa, może i ciasno, ale grzecznie. Skąd mogłem wiedzieć, że bananowy ryj to potwór. Zwabiła mnie zapasem miejsca. Gruby facet pewnie wiedział, że tam, zło czai się na nieostrożnych mężczyzn. Miał rację, dlatego wybrał rząd, na którym siedziałem.

Gospoda

Mieszkanie. Wieczór. Kolacja przy nowym serialu Marvela. Człowiek się najadł, żona przytulona. Wydaje się, że mija nam piękny wieczór. Domofon dzwoni – Kogo o tej porze niesie? Zwlekam się w samych gaciach z sofy i ciężkim krokiem podążam ku słuchawce. 

- Dzień dobry – mówię do istoty zza słuchawki.
- Dostawa – odpowiada nieznajomy mężczyzna.
- Jaka znowu dostawa – odpowiadam istocie.
- Dostawa z restauracji „Gospoda” – odpowiedział karczmarz, a raczej pachołek.
- Przepraszam, ale ja nic nie zamawiałem – z trudem zachowałem grzeczność.
- Przepraszam, w takim razie pomyłka.
Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do żony. Ponownie się wygodnie wyłożyliśmy spleceni w jedno ciało i popijając ciepłą herbatę kontynuowaliśmy serial. DOMOFON DZWONI! – Co znowu? Ojojoj – odpowiada moja żona. Zrywam się, ale powoli, wiadomo kobieta w ciąży jest jak najdroższe wino w najcieńszej butelczynie, więc ostrożnie zwlekam się i zdążam ku słuchawce.
- Dzień dobry - mówię do istoty zza słuchawki.
- Mam dla pana jedzenie z Gospody – ponownie słyszę pachołka karczmarza.
- Proszę pana – wciągam powietrze – ale ja jestem najedzony, niedawno zjadłem obiad i nic więcej nie wcisnę w siebie – grzecznie odpowiedziałem pachołkowi.
- Czy to numer 12a?
- Nie, to numer 12.
- Aha...
Odłożyłem słuchawkę.
- I co – pyta się żona?
- Jakaś karczma usilnie chciała nas nakarmić – odpowiadam i kładę się na sofę.

Ukrainiec moim bratem

Urlop! 
Wracam z pracy. Wysiadam kilka przystanków wcześniej, w dłoni telefon, odpalona gra – muszę wygrać mecz, nie mogę przerwać. 
- Vulytsya Kladholi 1? – Zaczepia mnie młody mężczyzna.
- Słucham? – Spoglądam na człowieka.
- Kladholi 1? – Mężczyzna nie odpuszcza.
- Chwileczkę – Odpowiadam i wyłączam grę - Szukasz jakiejś ulicy? 
- Kladholi 1 
- Nie znam takiej ulicy, rozumiem tylko „1”, nie mogę zrozumieć nazwy ulicy przez twój akcent. Powiedz jeszcze raz, powoli – Próbuje pomóc młodzieńcowi.
- Kladholi 1 – Odpowiedział.
Wyciągam super gadżet, służbowy Samsung Galaxy S coś tam (wszak najnowszy) i zapuszczam super program „Google Map”, włączam lokalizację i wpisuje Kladholi, ale wyskakuje mi świątynia hinduska w Indiach „Nie, na pewno nie szuka świątyni, a na pewno nie tej w Indiach” pomyślałem.
- Słuchaj, nie ma takiej ulicy w Polsce.
Młodzieniec mówi coś o taksówce i pokazuje mi na „Złotówę”, która zatrzymuje się na światłach, czuję, że zaraz podbiegnie, więc złapałem go za ramię w ostatniej chwili.
- Nie biegnij, w Polsce się już tak nie robi. Taksówki puste nie oznaczają, że są wolne. Kiedyś tak się u nas robiło, ale nie teraz. Teraz się dzwoni i taxi podjeżdża pod klienta. Poczekaj, pomogę ci.
- Jestem w Polsze 2 dni – Odpowiedział młodzieniec.
- Nic nie szkodzi, pomogę – Uspakajam człowieka.
- Napisz mi na telefonie ulicę – Ukrainiec wpisuje, ale po chwili mówi „Polski alfavit” i oboje robimy „facepalma”. 
Młodzieniec dzwoni do kogoś i daje mi telefon. Słyszę człowieka z akcentem ukraińskim, ale mówi wyraźnie po Polsku. Pytam się, gdzie mam zaprowadzić twojego przyjaciela?
- Na ulicę Kladjoli 1 – (Inaczej brzmi, z H robi się J)
Och nie! Zostałem pokonany przez system. Spuszczam głowę i coś czuję, że nie będzie tak łatwo – takiej ulicy też nie ma.
- Gdzie jest ta ulica? Nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć nazwy ulicy z powodu twojego akcentu, powiedz jeszcze raz, jaka to ulica i gdzie jej szukać? 
Oddałem telefon zagubionemu mężczyźnie i słyszę, że mówi coś o „bukwie”, chyba łapie – powinniśmy od razu na to wpaść. Ponownie dostaje telefon i człowiek z telefonu literuje mi nazwę, która układa się w „Gladioli”, EUREKA! Jest ulica, mam ją na Google Maps!
Po paru chwilach dowiedziałem się, w jaki autobus mam wsadzić młodzieńca, dziękujemy jakdojadę.pl.
- Chodź, idziemy do autobusu, podjedziemy do niego tramwajem.
Wchodzimy do tramwaju, młodzieniec wyciąga portfel wypchany banknotami.
- Schowaj portfel, lepiej, aby nikt nie widział ile nosisz przy sobie. Nie martw się o bilet, wezmę to na siebie.
Idziemy na przystanek autobusowy i ZONK! Trasa autobusu zmieniona – dziękujemy ZTM! Jasna cholera. Dobra idziemy na taksówkę. W pobliżu był postój, więc tam podeszliśmy.
- Proszę zabrać mojego kuzyna, który wczoraj przyjechał do Polski na ulicę Gladioli. Nie chcę puszczać go samego, bo boję się, że zabłądzi – Mówię do taksówkarza.
- Nie ma problemu, to blisko - Odpowiedział uśmiechnięty taksiarz.
Młody Ukrainiec pyta się mnie, ile ma mi zapłacić za poświęcony czas i pomoc.
- U nas już się tak nie robi. Zapomnij o tym i postukałem się w skroń. Za pieniądze pomoże ci taksówkarz, ponieważ jest to praca tego pana, a mój obowiązek.

Na koniec przytuliliśmy się na tzw. „Słowiańskiego Miśka” z przyklepem po plecach. To była bardzo miła i wzruszająca chwila. Młodzieniec coś jeszcze mi mówił, kiedy odchodziłem - zrozumiałem coś o pięknej Polsce. Domyśliłem, że dziękował serdecznie.
Polska jest piękna, to prawda, jednak tak mało widzimy, zaślepieni w telefony (przenośna). Zrobić coś samemu, nawet niewielkiego, coś, dzięki czemu ktoś powie ci, jaki jesteś wielki, jak piękna jest Polska. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. To my decydujemy o tym, jak o nas będą mówić nasi sąsiedzi.
Reasumując, kiedyś byliśmy tacy sami jak obecnie Ukraińcy, dlatego musimy pomagać naszym braciom przez pryzmat własnych doświadczeń z przeszłości – zwróćcie uwagę na fakt z taksówką, z pieniędzmi w portfelu, z próbą zapłaty za pomoc. My również stosowaliśmy podobne paradygmaty w przeszłości – jednak zapomnieliśmy o tym przez wszechobecną demokrację, wolność i prawie nieograniczony niczym dostęp do (tu sobie wstaw, co tylko chcesz).



Numer ulicy zmieniłem.

Ratujmy pszczoły

Jakiś czas temu, ktoś na FB publikował wzruszającą historię, o tym jak ten "ktoś" uratował zmęczoną pszczółkę leżącą na chodniku, przeniósł zwierzątko na trawnik i dał wodę, a kiedy się napiła i odpoczęła poleciała...
I tak zaczyna się moja historia...
Dziś wracając z pracy niemalże zdeptałem na chodniku pszczołę. Przypominałem sobie, że gdzieś widziałem, może czytałem, że jak pszczoła łazi po chodniku to znaczy, że jest zmęczona. Pochyliłem się na biedaczką i delikatnie chwyciłem za jej skrzydełko. Odłożyłem na trawnik, nawet nie próbowała mnie żądlić. Kolejna rzecz, o której pomyślałem to czy mam wodę - jasne, że jej nie mam, przecież tylko kobiety noszą ze sobą wodę! Prawdziwy mężczyzna pije deszcz, je śnieg... etc. Chwila namysłu, i eureka! Mam soczyste jabłko. Gryzę je i odrywam kawalątek, podstawiam pszczole pod pysk. Przechodnie patrzą na mnie jak na dzikiego hipisa karmiącego ziemię jabłkiem. Przecież oni nie mogli zauważyć, że karmię pszczołę! Mówię do pszczoły jedz, ona nic, i zamiast odlecieć spierdoliła pieszo, znaczy się omija jabłko i idzie swoją drogą.
Jaki z tego morał? Nie czytajcie wzruszających historyjek, albo czytajcie, ale nie praktykujcie