Piątek. Cudownie. Nawet pogoda niczego sobie. Sławomir zjadł ulubione śniadanie przygotowanie przez małżonkę Elizę i ucałowawszy ją wyszedł do pracy. Niestety ten piękny dzień zmienił się w coś gorszego. Sławomir przypomniał sobie koszmary, które dręczyły go tej nocy, a upiorami ze snów były kobiety. W drodzę do urzędu męczyły go podejrzliwości, które rzucał na napotkane istoty płci przeciwnej. Na szczęście przystanek był wolny od kikimor i innych porannic, strzyg czy sennic. Podobnie było w tramwaju. Mężczyzna myśląc, że żadna upiorzyca już dziś nie zaatakuje stracił czujność i wszedł do metra. Zajął wygodne miejsce w dwuosobowym rzędzie, wyciągnął książkę i oddał się lekturze o początkach Polski. W pewnym momencie do Sławomira dosiadł sie ogromny mężczyzna ważący na oko około 170 kg. Zrobiło się cholernie ciasno, cholernie. "Kurwa, przecież mógł posadzić swój tłusty tyłek obok tej kobiety" Sławomir spojrzał na blondynkę o twarzy wygiętej jak banan, "albo tam, a nawet tam". Wolnych miejsc tak dużo, a wybrał mnie.
- Przepraszam - Powiedział grubas.
Sławomir skinął głową i rozejrzał się za nowym miejscem, gdzie mógłby w spokoju kontynuować podróż. Może usiądę obok bananowego ryja - pomyślał, tam dużo miejsca bo kobieta w sumie szczupła. Usiadł po przeciwnej stronie grubasa, a obok bananowego ryja i ponownie sięgnął po książkę. Zaczęło się.
Bananowy ryj okazał się "metrzycą" zwaną też "łokietnicą", upiorem z metra Warszawskiego, która obiera na cel mężczyzn, uciekających z miejsc obok grubasów. Zmora pomału rozkładając ramiona, uderzyła Sławomira łokciem. "Kurwa, co jej odpierdala" pomyślał, może to jednak przez przypadek? Metrzyca znowu zaatakowała, tym razem mocniej. Uniosła łokieć i pierdolneła mola książkowego aż mu początki Polski końcem uszu wyszły. "Kurwa co się dzieje, co do chuja?" Nie wierzył i nie mógł, nigdy przecież nie spotkał bananowego ryja, który okazał się potworem. Łokietnica nie przestawała, niby zmieniając pozycję uderzała, za każdym razem ze zdwojoną siłą. "Ani jej nie dotykam, nie rozpycham się, nie śmierdzą mi ubrania, o co jej chodzi, dlaczego kurwa ja, znowu ja!" Zirytowany mężczyzna nie wytrzymał i spojrzał na upiora dodając:
- Czy może przestać pani napierać na mnie łokciami?
- Słucham - zmora udała zaskoczenie - nie rozpycham się, panu się wydaję.
- Dobrze wiem, że pani robi to umyślnie, proszę przestać - Sławomir odpowiedział zachowując zimną krew.
Upiorzyca zagotowała się od środka i rozpostała błoniaste skrzydła. Na czubie bananowej głowy pojawij się grzebień uzbrojony w kolce, z których sączyć począł się jad.
- Najpierw panu przeszkadzał ten pan - wskazała na grubasa i dodała - przesiadł się pan do mnie i teraz niby ja przeszkadzam? - zasyczała łokietnica.
- Oby dosiadł się do pani ktoś znacznie gorszy - dorzucił poczwarze.
Sławomir nie miał przy sobie miecza, a poranne eliksyry podane w kawie przez żonę przestały już działać. Czym prędzej wstał i oddalił się od zła. Zmora jeszcze jakiś czas trzepotała skrzydłami i rzucała klątwy.
- Mogłem siedzieć obok grubasa, może i ciasno, ale grzecznie. Skąd mogłem wiedzieć, że bananowy ryj to potwór. Zwabiła mnie zapasem miejsca. Gruby facet pewnie wiedział, że tam, zło czai się na nieostrożnych mężczyzn. Miał rację, dlatego wybrał rząd, na którym siedziałem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz