test

wtorek, 29 października 2019

Kontakt oganiczony


Wtorkowy wieczór. Sławomir wraca z wizyty u lekarza. Zwolnienie lekarskie, angina. Jak każdy wieczór, pomaga żonie przygotować córkę do snu: mycie, kolacja, wspólne biesiadowanie na wersalce przed TV, córka dokarmiana kaszką itd. W pewnym momencie Eliza mówi do męża:
- Sprzedałam te buciki córeczki, co były za małe – uśmiecha się i pakuje kolejną łyżkę do jamy ustnej dziewczynki.
- Oo super – bez entuzjazmu odpowiedział Sławomir – Za ile? – dodał jednak po chwili zainteresowany.
- 50 zł, to o 10 zł więcej niż kupiłam – powiedziała coraz bardziej uśmiechnięta żona.
- No, no, no, nie to co ja „Janusz Biznesu” – odpowiedział z uśmiechem żonie.
Żona dokarmia córkę niczym gaździna gęś. W TV leci „Kropka nad i”, Monika Olejnik przesłuchuje kolejnego tępego polityka. Ciszę przerywa żona:
- Jutro przyjedzie Pani odebrać te buciki – kolejna łyżka z kaszką zniknęła w gardle dziecka.
- Ok, niech przyjeżdża – skwitował bez emocji.
- Powiedziałam, żeby była przed 12 albo po 14, bo wtedy nasz maluszek śpi.
W tym momencie na Sławomira spadł "Zew Drwala" – porąbałby co, a wiadomo jak jest, kiedy są dzieci małe. Gdzieś tam w głębi, człowieki płci męskiej lawirują pomiędzy chucią, a jawą. Dodał:
- Aha, a ładna ta Pani? – spytał, jakby nic „ten teges” go nie interesowało, ale już w głowie układał plan „Kawka + idealny tata”
- Ładna.
- Skąd wiesz?
- Sprawdziłam zdjęcie na Facebooku.
- Aha, ok to zaproszę do mieszkania, kawę albo coś takiego zrobię – Sławomir już zaczął świętować i w duszy zanosił się śmiechem „muyhyhyhy”.
Na licu mężczyzny pojawił się niewinny uśmieszek, założył nogę na nogę, jak przystało na domowego samca alfa.
- Wiesz kochanie, powiedziałam już tej pani, że masz anginę i poprosiłam o ograniczony kontakt.

Plan „Kawowy” Sławomira legł w gruzach.

piątek, 14 grudnia 2018

Zgaszony jak orzech

Zbliża się koniec roku. Postanowiłem zagrać w totka i wygrać kupę forsy. Po pracy udałem się do kolektury i opłaciłem podatek od marzeń w wysokości 30 zł i 50 groszy. Urzędnik kolektury wydrukował paragon i wręczył mi go z uśmiechem dodając – Życzę panu wygranej.
Mija kilka dni i sprawdzam! JEST! Wygrałem, wygrałem całe 6 zł. Wracam z pracy. Zachodzę do kolektury i przekazuje kupon. Kobieta patrzy na mnie zdziwiona i mówi:
- Wypłacić? – spogląda na mnie dziwnie, jak na jakiegoś kloszarda.
- Oczywiście, w końcu wygrałem, to mi się należy – odpowiedziałem z uśmiechem.
Kobieta wypłaciła wygraną i życzyła sukcesów w przyszłości. Myślę sobie, tak za 6 zł to będzie samo pasmo sukcesów. Ach… może następnym razem wygram – powtarzam w myślach i wracam do domu.
Żona i córka witają swego chlebodawcę uśmiechami. Padają całusy i przytulasy. Zdejmując kaszkiet z głowy mówię do żony:
- Wygrałem w totka.
- Ile? – pyta żona bujając się z Milenką na rękach, a patrząc na mnie podejrzliwie spode łba.
- 6 zł, zawsze to coś – mówię niewzruszony.
- Byś się wstydził – odpowiada żona.
Źrenice mi się powiększyły, oczy również, głowa wyszła, jak u żółwia, buzia się otworzyła automatycznie, mrugnąłem mocno i mówię:
- Co wy, w zmowie jakiejś jesteście? Tamta się pyta czy wypłacać, ty, że mam się wstydzić? 6 zł pójdzie do skarbonki, moje i koniec.

Mija jakiś czas.

Żona pichci "coś" w piekarniku. Po zapachach już wiem, że będzie to kolejny majstersztyk w wykonaniu mojej małżonki. Siadam sobie na sofie, piję herbatę z cytryną. Żona w tym czasie okłada to "coś" w piekarniku folią kuchenną i kładzie na nią orzechy włoskie. Myślę sobie, że to jakiś stary słowiański zwyczaj, pewnie teściowa przekazała żonie, jakieś super tajniki szeptunek z Białegostoku. No nic, pewnie to coś oznacza, może jakieś związki się wydostają z pieczonych orzechów… różne myśli się pojawiają. Chciałem zapytać o te orzechy ale myślę sobie, że zamiast pytać, zjem i powiem, że smaczne.
Mija godzina. Żona wyciąga to "coś". Okazuje się, że to "coś" to ciasto z serem białym, szpinakiem i serem żółtym. Zapach rozpala moje gruczoły smakowe i dostaje ślinotoku. Orzechy odłożone na bok. Myślę, sobie, że orzechy zapewne spełniły swój obowiązek i cokolwiek z nich wyszło na pewno zasiliło smak ciasta.
Jednak nie wytrzymałem i pytam:
- Elżuniu, a powiedz mi, dlaczego piekłaś te orzechy? Czy to jakiś zwyczaj, one dają coś?
- Docisnęłam nimi folię kuchenną, aby ciasto się nie podniosło.


Aha…

sobota, 13 października 2018

Science-Fiction, babcie i tramwaj

Sobotni wieczór. Powrót z uczelni do domu. Siedzę w tramwaju, czytam książkę, jedną z cyklu Honor Harrington, klasyka napisana przez D. Webbera. Atmosfera naprawdę miła, gwar dzieci, młodzieży i dorosłych.
Przede mną siedzi młoda kobieta, na oko 21 lat.

Było naprawdę miło… było…

Przystanek.

Do wagonu wchodzi kobieta tak na oko lat 70. Zajmuje miejsce. Moją uwagę przykuwa jej twarz – wygląda jak Pomiot Chaosu - to nie może dobrze się skończyć.

Następny przystanek.

Do wagonu wchodzi mężczyzna pchający wózek inwalidzki ze staruszką. Kobieta z dziećmi siedząca na "klapkowych" siedzeniach (miejsce na inwalidów i wózków) wstaje i chce jej ustąpić, babcia jednak daje do zrozumienia, że tylko jeden przystanek i nie trzeba robić jej miejsca na wózek.
Nagle odzywa się Pomiot.
- Heee, a gdyby to była młodzież to by się nawet nie spytała.
Babcia na wózku kiwa głową w geście zrozumienia i się uśmiecha.
- Nawet by nie zauważyli – Pomiot Chaosu dalej ciągnie temat – O na przykład ta – wskazuje palcem młodą kobietę siedzącą przede mnę – Nie ustąpiłaby, takie są wychowane. Siedziałyby i udawały, a jeszcze pani zobaczy, siedzi na miejscu dla inwalidów i starszych.
Babcia na wózku widać, że już nie podziela jej punktu widzenia i przestaje się uśmiechać. Kobieta stojąca obok Pomiota Chaosu również nie wytrzymuje jej skrzeczenia i zmienia miejsce.
- Tak są wychowani, tak, tak są wychowani – Pomiot dalej swoje.
Ludzie widać, że mają chyba dość słuchania, jacy to młodzi ludzie są chujowi. Ja również miałem dość i zabrałem głos.
- Czy może pani przestać opowiadać te pierdoły? Ci młodzi ludzie zostali wychowani przez swoich rodziców i szkołę, więc to ci drudzy ponoszą odpowiedzialność, a nie młodzi.
- O, odezwał się. Jak czytasz to czytaj i się nie wtrącaj – Pomiot Chaosu próbuje mnie pacyfikować.
- Obraża pani tą młodą kobietę, wskazuje ją palcem i opowiada głupoty nie zastanawiając się, że to pani jest również odpowiedzialna za jej wychowanie – Odpowiadam Pomiotowi.
- O, odezwał się! Niby czyta książkę, a słucha! Czytasz? To czytaj, a nie się udzielasz. Książkę czyta! Heee!
No kurwa, myślę sobie. Trafiłem na Ynteligentkę. Będzie ciężko (a było jeszcze gorzej). W sukurs Pomiocicy Chaosu przyszedł Pomniejszy Demon płci męskiej z rowerem górskim i dodał swoje:
- He he he – najpierw się zaśmiał ukazując bijącą inteligencję z sinawych zębów i podniszczonej chociaż jeszcze w miarę młodej twarzy, a potem dodał – Czyta Sajs-Fiksjon. Mondry chce być!
- No Sajs-Finkcjon czyta, no właśnie, a gada, nie czyta, to słucha – Pomiocica odgryza się na mnie – To się nie odzywaj, jak czytasz, to czytaj.
- Udaje inteligentnego a czyta Sajs-Finksjon he he he – Pomniejszy Demon Rowerzysta dokończył masakrowanie mojej książki i mnie.
Analizuje Demona Rowerzystę i widać, że jedyne co się w życiu nauczył to jazda na rowerze i pewnie to przyszło mu z wielkim trudem (chociaż z tyłu okładki doczytał napis – bo wielki „Science-Fiction”), więc postanowiłem zamilknąć i nie dawać się wciągać rozmowę bo wiem, że na ich poziomie zostałbym zniszczony. Niestety obie te istoty nie grzeszyły inteligencją. Odpuściłem.

Wracając wstecz.

Wczesne południe. Zmierzam na uczelnie. W tramwaju trochę ludzi. Za mną trzy siksy dzikie elfki dzielą się jednym siedzonkiem, ja przysypiam przy Sajsfiksjion.

Do tramwaju wbija jedna babcia za drugą. Siksy-elfki nawet nie zareagowały. Wstaje i krzyczę do babci, żeby sobie jebła. Ta mówi, że tylko jeden przystanek. Za plecami miałem inną babcie więc tej się spytałem i skorzystała z mojego dobrego wychowania. Mówię do tej pierwszej, że usiądę na plastiku (w tramwajach są takie puste miejsce bez poddupka, gdzie można posadzić tyłek).
Nagle babcia depcze mi po butach.
- Przepraszam – Babcia się uśmiecha.
- Nic nie szkodzi – Odpowiadam.
Po chwili znowu mnie jeb – po bucie.
- Hihi przepraszam – Mówi.
- Nic nie szkodzi, naprawdę – Mówię z uśmiechem, chociaż ledwo zipie. Byłem zmęczony, po całym tygodniu pracy, pomagania w domu żonie przy dziecku, szkołą i ogólnie życiem.
Po chwili znowu mnie staruszka depcze.
- Hihi podrywa mnie pan? – Babcia widać, że chciała sobie pożartować.
- Dziś nie mam siły nawet na starsze panie – odpowiedziałem zalotnej staruszce.

Babcie siedzące w zasięgu moich decybeli zarechotały i tak jechał ten wesoły tramwaj. Ale to było wcześniej – dzień zniszczyła mi Pomiocica Chaosu i Pomniejszy Demon z Rowerem Górskim.

sobota, 6 października 2018

My Gównojady

Pranek sobotni. Lecąc po kanałach w TV zatrzymałem się na stacji TVN (jakiś tam poranek) i słyszę rozmowę Gościówy (która coś pichciła) z redaktorami:
- Oni mają taką wspaniałą kulturę żywieniową - Mówi Gościówa pichcąca - rano wstają, mieszają banana z owocami i jogurtami, biorą kawę i jadą do pracy. Po drodze spożywają.
Redaktorzy TVN wsłuchani kiwają głowami w pełnym zrozumieniu, a Gościówa pichcąca dalej:
- To takie wspaniałe... do tej pory robiłam sobie kanapki i żyłam... (wyłączyłem TV)

W tym momencie pomyślałem sobie, że jestem jakąś małpą żywiącą się własnymi odchodami w szalecie miejskim. Nie oglądam TVN, no bo jak, skoro karmią mnie takimi idiotyzmami?

piątek, 24 sierpnia 2018

Czytanie z księgi 58


Piątek! Jazda do domu, a dokładnie jazda tramwajem.
Stoję na końcu, trzymam się poręczy. Czytam książkę. Naprzeciwko mnie siedzi 60-letni mężczyzna. Znad książki zauważam, że człowiek robi dziwne uniki – no ale co tam, może bolą go plecy i się wygina, żeby kręgi nastawić.
W połowie drogi.
- Proszę pana, czy może pan zabrać tą książkę? – odzywa się 60-latek.
- Ale dlaczego? – odpowiadam.
- Bo zaraz mnie pan nią uderzy – kwituje przyszły emeryt.
- Nie uderzę pana tą książką, jestem wysoki, pan też, ale odległość między książką, a pańską czaszką wynosi około 20-25 cm – staram się logicznie wytłumaczyć 60-latkowi.
- Pan mnie nią uderzy – mężczyzna zaczyna się irytować.
- Nie uderzę pana, trzymam książkę wysoko – zaczynam się irytować.
- Pan mnie uderzy zaraz, czy pan tego nie widzi – mężczyzna widocznie zaczyna tracić panowanie nad sobą.
- Czy ja pana już uderzyłem?
- Nie, ale zaraz pan to zrobi!
Kurwa mać! Dlaczego ja? – klnę w myślach - Ja pierdole, zaraz naprawdę mu przyjebie tą książką – cedzę dalej w myślach i dodaje na głos – Majaczy pan – uśmiecham się do kobiety, która stoi obok mnie z 10-letią córką.
- Ja majaczę! – gość widocznie stracił resztki zimnej krwi i wstaje…
- Ja majaczę? – wstał.
- Ja majaczę? Coś pan powiedział? Że ja majaczę? – mężczyzna wtargnął w moją strefę bezpieczeństwa.
- Chyba nie zamierza się pan ze mną bić, proszę spojrzeć tam – wskazuję palcem kamerę – pojazd jest monitorowany.
- Co mnie kamery – odpowiada 60-latek.
- Niech pan siada, nie będę się z panem bił – odpowiadam z uśmiechem, a mężczyzna po chwili zajmuje swoje miejsce.

Kilka stacji dalej.
60-latek wstaje i przepycha się przeze mnie, siada na wolnym od kilku chwil miejscu po przeciwnej stronie. W tym czasie kiwam głową do kobiety z dzieckiem, aby zajęła miejsce po natarczywym człowieku – Pani siada, jest pani niższa od tego pana, więc na pewno pani nie uderzę – dodaje.
Kilka chwil później.
Zwalnia się miejsce naprzeciw znerwicowanego mężczyzny. Siadam. Niestety oboje wysocy, więc stykamy się kolanami – Teraz będę przeszkadzać panu kolanami, czy też pan będzie się denerwować? – pytam z uśmiechem.
- Nie, podciągnę się, pan się podciągnie i znajdziemy sobie miejsce – mężczyzna widać ochłoną i zaczął mówić z sensem.
- Oczywiście – odpowiadam – Wie pan, wcale nie chciałem pana uderzyć książką, jestem wysoki i trzymałem książkę wysoko, panu się wydawało – dodałem.
- Wyglądało, jakby mnie pan miał zaraz nią uderzyć – dodał 60-latek.
- Nie robiłem tego umyślnie, czytałem książkę i nie widziałem pana – dokończyłem rozmowę i wysiadłem na następnym przystanku.

To nie koniec!
SMS: Kochanie, podejdź na ul. Niewiadomską, róg ul. Chujgowie do pawilonu 58 PACZKAwRUCHU i odbierz przesyłkę. To pewnie w tej małej galerii handlowej.
SMS: Dobrze Elizka, już tam idę.
Zmierzam do galerii handlowej.
Kręcę się niczym smród po gaciach po tej jebanej „małej galerii handlowej” i szukam pawilonu 58. Mijają minuty, a tu chuj, o taki! Ostatni pawilon 46b, no kurwa mać?
- Przepraszam, gdzie jest pawilon 58, szukam PACZKIwRUCHU – pytam się opalonej na rdzę baby.
- Nie wiem – odpowiada.
To spierdalaj – odpowiadam jej w myślach… bo już mnie delikatna kurwica łapie.
Wychodzę z tego labiryntu zwanego małą galerią handlową i idę na skrzyżowanie ulic Niewiadomskiej i Chujgowie. Na horyzoncie maluje się kiosk Ruchu – Jest! Hehe, mogłem od razu tam iść – pomyślałem. Pochylam się do okienka, jakbym był Guliwerem zaglądającym do komnaty małej księżniczki.
Ożeeesz kurwa! – zamiast księżniczki ujrzałem wiedźmę Ple Ple – gruuuba, bebzon wyjebany na ladę – Kryste Panie! – pomyślałem.
- Yyy… czy mogę odebrać paczkę? – nieśmiało zapytałem.
- To nie tu, nie ma tu paczek w ruchu – baba odpowiedziała, jakbym nie był pierwszym pytającym. Zapewne udziela takich odpowiedzi od setek lat. Pewnie kiedyś była młoda i piękna, nim przywarła cielskiem do lady.
Telefon: Eliza, nie ma tu żadnej PACZKIwRUCHU, sprawdź na mapie, gdzie to może być.
Telefon: Kurcze, no musi gdzieś tam być. Poszukaj i odbierz, to zabawka dla Milenki.
Ech, no jak dla Mileńki, to muszę się poświęcić. Niczym Odyseusz ruszyłem w podróż. Tym razem nacieram na Piotra i Pawła i okolicę, tam też jakieś pawilony i inne sklepiki.
Wbijam do 1Minut.
- Przyszedłem po paczkę – mówię z uśmiechem na mordzie (hehe znalazłem) - Bardzo ciężko was znaleźć, musicie dokładniej opisać, gdzie was szukać – dodaję.
- Proszę podać numer zamówienia – odpowiada młoda kobieta (kiedyś pewnie będzie wiedźmą Ple Ple i też przywrze cielskiem do lady).
- 209478….
- To nie tu proszę pana – odpowiada z uśmiechem przyszła wiedźma Ple Ple.
- Co nie tu? Ja po paczkę – mówię zirytowany.
- To nie tu, musi pan poszukać gdzie indziej, może tam na bazarze – palcem przez szybę wskazała lokalny bazarek.
- Dziękuję – wkurwiony wyszedłem z 1Minut.

Idę na bazar. Mijam jedno światło, drugie światło. Wkraczam na teren tubylczych handlarzy. Kobitki opierają się o futryny sklepików, palą faję, patrzą na mnie, jak na wroga i pewnie myślą – patrzcie, kolejny chuj, przyjdzie poogląda i pójdzie. Błądzę po tym labiryncie bud i szukam pawilonu 58. Pawilon 23, 45, 36, 12, 49… kurwa, co za debil nadawał tu numery losowo! Łażę, już się spociłem, kilkanaście godzin poza domem może człowieka wkurwić. No nie, kurwa nie… - idę dalej i pytam się kobiety o ładnych udach, ale zjebanej twarzy – Przepraszam, szukam pawilonu 58, czy jest tu taki?
- Ta, jes po drugiej stronie – leniwo odpowiada.
- Dziękuję – szybkim krokiem przechodzę na drugą stronę.
Spoglądam na numery i widzę 58. Wbijam!
- Przyszedłem po paczkę – Nie przywitałem się i grobowym głosem zagadałem do dwóch młodych kobietek.
Kobiety patrzą na mnie ze zdziwieniem.
Rozglądam się. Kurwa jestem w piekarni, co kurwa piekarnia ma do paczek w ruchu? – myślę.
- No przyszedłem po paczkę, jest tu paczka dla mnie? – pytam się dalej kobietek.
- Jaka paczka?
- Normalna paczka, miała być tu paczka – mówię zdecydowanie.
- Ale tu nie ma żadnych paczek – kobiety wydają się przestraszone.
- Zaraz – mówię do kobiety i pokazuję indiański gest dłonią „STOP”. Zaglądam do telefonu i weryfikuje numer, no 56 – A nie, to nie tu. Pomyliłem się.
Kobiety odetchnęły. Pewnie myślały sobie – Co za debil, wariat dobrze, że nam krzywdy nie zrobił.
Dobra, jestem już zmęczony. W szóstce widzę osiem… uh, trzeba szukać dalej.
W końcu znajduje pawilon 56, ale po chwili mówię sobie – Nosz cholera, jakieś ePapierosy, też pewnie jakaś chujnia z grzybnią. Nie mam nic do stracenia. Wchodzę. Młoda kobieta, krótkie spodenki, nogi posiniaczone, jakby stado imigrantów z Afryki po niej przeszło.
- Dzień dobry, czy mogę odebrać paczkę? – pytam z lekką nutą niedowierzania, ale spokoju.
- Proszę podać numer – odpowiada posiniaczona kobieta i bierze w dłonie tablet.
- 209478….
- Kobieta zdejmuje nogi z paczki i podaje mi ją – proszę.
- Dziękuję – odpowiedziałem.
Szczęśliwie wróciłem do domu. Milenka była zachwycona nową zabawką, warto było pobłądzić.


czwartek, 14 czerwca 2018

Karolek Miauczyński i Jakaś Pani


Poranek w pracy. Kawy ubywa. Pęcherz coraz pełniejszy. Kofeina pobudza jelita i umysł. W mózgu piszczy. Z minuty na minutę wraca świadomość. Sławomir włącza komputer, odpala pocztę i czyta.
„Cześć Sławek, wydałem komputer” – napisał młody student, który niedawno został zatrudniony do Działu IT w helpdesku.
- Super – pomyślał Sławomir i odpisuje.
„Komu, gdzie i jaki?”
Kilka minut później przychodzi odpowiedź.
„Pracownikowi z pokoju 200”
- No kurwa mać – Sławomir potrząsnął głową, jakby nie dowierzał co czyta i odpisał.
„Karolek, z tego co wiem to w pokoju 200 pracują 4 osoby. Komu wydałeś ten komputer?”
Kilka minut później przychodzi odpowiedź.
„Pani”
- Ojezuniu – Sławomir złapał się za resztki włosów na głowię i poczerwieniał na twarzy. Odpisał.
„Karolek, idź do pokoju 200, spisz jaki komputer wydałeś (serial lub inwentarz) i komu, kto przy nim siedzi?”
Kilkanaście minut później.
„Komputer Dell, siedzi przy nim jakaś pani”
Sławomir utkwił wzrok w mailu od Karolka i nie wierzył, nie wierzył co czyta i czuł się, jak „producent” z filmu Nic Śmiesznego ze sceny wysadzanego mostu...



...a Karolek był ogólnie zadowolony z wykonanej pracy i powiadomienia o wydaniu komputera - w końcu spełnił swój obowiązek.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Inna świnia


Nie od dziś wiem, że jestem świnią, ale tą inną…
Późne popołudnie, w zasadzie kończy się niedziela. Moja cudowna żona zagląda do mojej torby i wyciąga piątkowy pojemnik na sałatkę, utytłany sosem i resztką kapusty (oraz innej zieleniny, którą jestem żywiony).
Tu muszę wspomnieć, że moja żona „jeszcze” robi mi pyszne śniadania, bym nie musiał głodować lub zjadać powietrza z muchami (jeśli też macie takie żony to wiecie, jakimi jesteśmy farciarzami). Coś jednak czuję, że zbliża się dzień, kiedy wstanę rano i ponownie wrócę do suchych kromek chleba i wody z kranu, bo jak wiadomo rano mężczyźni mają zdecydowanie mniej czasu niż kobiety, a poza tym czas dla nas płynie kilka razy szybciej, dlatego czasu mamy tak mało. No ale wracając do mojego nieumytego pojemnika…
Stoi, patrzy się na mnie groźnie - lasery w oczach, kolty w dłoniach, wyrzutnia rakiet na plecach.
- Sławek!
Sławek drapie się po owłosionym brzuchu i przekręca się na boczek.
- Tak, Elizko? – odpowiedział ze zdziwieniem, jakby nie wiedział o co chodzi.
- Sławek!
- Zapomniałem, ale pewnie musi śmierdzieć, bo od piątku trzymałem w torbie – odpowiedział jakby nic się nie stało.
- Sławek! – Lasery wypalają dziury, rakiety latają po mieszkaniu, z koltów sypią się pociski.
- Umyje przecież, zaraz no.

Wstał i umył – Orzesz w ryj, ale jebie! – pomyślał.

Kilkadziesiąt minut później, a może kilkanaście…? Nie pamiętam, jad z pojemnika musiał pozbawić mnie przytomności.
- Sławek, zjesz ryż czy makaron? – pyta się żona.
- W sumie to nie ma znaczenia, zjem to i to – odpowiada wszystkożerca.
- Jakbyś chciał makaron, to muszę ci dogotować więcej – odpowiada żona po krótkiej analizie stanu zaopatrzenia.
- Eliza, nie trzeba, wrzucę ryż i tą resztkę makaronu, zaleję pulpetami, co tam będziemy dogotowywać?
- Sławek, nie będziesz jadł resztek. Nie jesteś świnią! – odpowiada wytrącona z równowagi żona.
- No ale ja jestem świnią, tyle razy mi już to mówiłaś – protestuje Sławomir.
- Jesteś świnią, ale inną, nie taką.
- Jaką?
- Inną. Dogotuję ci makaron do pulpetów.
Zacząłem się zastanawiać, do jakiej kategorii świń należę…?